Kto chce widzieć kwiaty, zawsze je zobaczy.

Nina ma 27 lat, jest prawniczką. Pracuje jako radca prawny w agencji artystycznej. Nienawidzi swojej pracy, swoich klientów. Nadal mieszka z rodzicami, którzy dzień w dzień przynoszą jej CV kolejnych kandydatów na męża, uważają, że kobieta w jej wieku musi się spieszyć, bo i tak jest już zbyt stara na małżeństwo. W tajemnicy przed rodzicami spotyka się z Jean’em Michaelem, który poprosił ją o rękę.

Nie ufam sobie. Niby jakim cudem miałabym sobie ufać? Nigdy tak naprawdę nie zrobiłam niczego samodzielnie. Przyzwyczaiłam się, że robię to, czego chcą inni i to daje mi poczucie bezpieczeństwa. Przyzwyczaiłam się być czyjąś córką, czyjąś dziewczyną, czyjąś prawniczką. Nie wiem tylko, jak być sobą. Nie wierzę, że jestem dość dorosła, by sobie poradzić. Myślę, że jeśli będę sobą, to nie przeżyję.

Dzień od którego zaczyna się powieść jest dniem rocznicy śmierci jej najlepszej przyjaciółki Ki. Gdy Nina przypadkiem, niedaleko centrum handlowego spotyka Guru, wierzy w to, że jest znak z nieba, ma nadzieję, że on pomoże odmienić jej życie. I faktycznie w trakcie ich trzeciego spotkania zmienia je całkowicie. Nina traci pracę i odkrywa zdradę narzeczonego.

Ale oto zjawia się drugi znak. Dziewczyna o blond włosach, która także ogląda wystawę Matisse’a i której przypadł do gustu ten sam cytat z jego książki co Ninie. Okazuje się, że dziewczyna jest malarką, jej mama zmarła na raka, czyli właściwie w tych samych okolicznościach co Ki, a ona sama właśnie postanowiła wrócić na jakiś czas do Australii, do swych rodzinnych stron i szuka osoby chętnej wynająć pracownie malarską. Nina postanawia więc spróbować swoich sił w malarstwie, obiecując sobie jednocześnie, że to będzie to tylko okres przejściowy, którego potrzebuje na uspokojenie się i wyciszenie.

Mniej więcej w tym samym czasie w życiu młodej Hinduski pojawia się Radź, idealny kandydat na męża, przynajmniej według jej matki. Po dwóch udanych spotkaniach Nina postanawia wyjść za niego za mąż, przede wszystkim ze względu na rodziców. Ma nadzieję, że miłość w ich związku zacznie pojawiać się z biegiem czasu.

W ten sposób Nina zaczyna prowadzić podwójne życie. Pracownia staje się dla niej ucieczką. Jedynym miejscem gdzie może być w całości sobą. Zaczyna oszukiwać rodziców, narzeczonego, jego rodzinę, agenta zainteresowanego jej obrazami… Kłamstwa nawarstwiają się coraz bardziej i nadchodzi moment kiedy ona sama nie umie się już z nich wyplątać.

Chociaż kłamię, żeby malować, dzięki malowaniu znów zaczynam w siebie wierzyć, a nie pamiętam kiedy ostatnio mi się to zdarzyło. Kiedy jestem tu, w tej pracowni, świat wygląda tak, jak chcę, żeby wyglądał.

To piękna opowieść o tym jak trudno jest być sobą, kiedy wszyscy wkoło oczekują od nas bycia kimś innym. Jak dużo wysiłku potrzeba, aby odnaleźć własną tożsamość. Ale mowa tu także o przyjaźni, miłości, przywiązaniu do drugiego człowieka. O realizowaniu własnych marzeń, wbrew wszystkiemu.

Gina powiedziała kiedyś, że gdy zrobi się jedną niezwykłą rzecz, nagle rusza cała lawina niesamowitych zdarzeń. Nauczyła mnie też – choć nie wiem dokładnie, na czym to polega – że gdy dostrzega się w kims potencjał, nawet jeśli on sam go nie widzi, ten ktoś rozwija się i staje właśnie taką osobą, jakiej zalążek się w niej na początku dostrzegło.

O tym, żeby każdy dzień wykorzystywać maksymalnie, na tyle, na ile się da. Aby nie poprzestawać na realizowaniu tych małych pragnień, ale dążyć do czegoś większego.

Nawet kiedy człowiek dostaje to , o czym zawsze marzył, myśli sobie: „i to już wszystko?”. Wierzę, że „to wszystko” polega na tym, żeby maksymalnie wykorzystywać każdy dzień.

 I o tym jak trudno znaleźć osobę, która zaakceptuje, a już tym bardziej pokocha, nas takimi jakimi jesteśmy, a nie takimi jakimi  moglibyśmy być.

Bezpieczniej jest nie kochać, Ki, bo ludzie odchodzą.

A to wszystko napisane w prosty, łatwo przystępny i wciągający sposób. I nawet fakt, że całość jest mocno przekolorowana nie psuje moich wrażeń. Polecam.

Ocena: 6/6