O Johannesie Vermeerze nie wiem nic. Owszem, kojarzę nawet obraz dziewczyny z perłą, ale nigdy nie zastanawiałam się nad tym kim był jego twórca, kiedy żył i czym się kierował przy tworzeniu swych obrazów. Jeśli chodzi o malarstwo to w ogóle mało wiem. W tej dziedzinie wychodzę na zupełną ignorantkę, ale będąc kiedykolwiek, w jakimkolwiek muzeum nigdy nie potrafiłam zatrzymać się na dłużej przy jakimś dziele i zachwycać się nim. Dla mnie obraz jeśli już, to może być ładny albo brzydki. Tyle w tym temacie.

A jednak powieść Tracy Chevalier mnie ujęła. Swą delikatnością przede wszystkim. Jestem strasznie ciekawa jak przy książce wypada film, bo niestety nie miałam okazji jeszcze się z nim zapoznać, ale mam nadzieję, że nie odbiega za daleko od moich wyobrażeń.

Akcja powieści rozpoczyna się w 1664 roku, gdy Griet, główna bohaterka ma szesnaście lat. W wyniku nieszczęśliwego wypadku przy pracy jej ojciec stracił wzrok, a tym samym możliwość zarabiania na rodzinę. W związku z trudną sytuacją finansową w ich domu to właśnie Griet, jako najstarsza z rodzeństwa zmuszona jest do przejęcia obowiązków żywiciela rodziny, a więc zostaje oddana na służbę do domu Vermeerów. Początkowo do jej obowiązków należy robienie zakupów, prania i sprzątanie pracowni swego pana. Musi przy tym uważać, aby żadna z rzeczy się tam znajdujących nie zmieniła swojego położenia, wszak mogłoby to zaszkodzić przy tworzeniu kolejnego obrazu. Z czasem do obowiązków Griet zaczyna dochodzić ucieranie barwników, a także pozowanie do portretu, który zażyczył sobie van Ruijven.

Jak już mówiłam Vermeera nigdy mnie nie interesowało, dlatego nie mam pojęcia gdzie kończy się fikcja a zaczyna prawda, ale głęboko wierzę, że obraz ten powstawał w takich właśnie okolicznościach.

Ocena: 4,5/6