Rio Anaconda: Gringo i ostatni szaman plemienia Carapana / Wojciech Cejrowski. – Wyd. 2 popr. – Poznań :  Zysk i S-ka Wydaw. ; Pelpin : Wydaw. „Bernardinum”, 2006. – 435, [5] s. : fot. kolor. ; 21 cm. – (Biblioteka Poznaj Świat). – ISBN 978-83-7506-022-5

Cejrowski jest człowiekiem wyjątkowym i nikt mi nie wmówi, że nie. Nie znam żadnej osoby, która by o nim choć raz w życiu nie usłyszała. Fakt, że wiele z tych osób dosłownie nie może już słuchać o nim, ani tym bardziej słuchać jego, zresztą ja też czasem nie mogę, bo poglądy jakie ma takie ma i z moimi one się po prostu kłócą, ale jego relacje z podróży mogłabym czytać godzinami i nigdy, przenigdy mi się nie znudzą.

Miało być jednak o książce nie o autorze, a ta jest wsprost wyśmienita. Cejrowski serwuje nam podróż pełną przygód, choć cieszę się, że nie miałam okazji wybrać się na nią osobiście, bo dżungla zdecydowanie nie jest dla mnie dobrym miejscem. Obawiam się, że mogłabym zepsuć całą zabawę stając na środku krętej ścieżki i płacząc, że chcę do domu, zaraz, natychmiast. W każdym razie czytając Rio Anacondę ma się wrażenie jakby się było obok Cejrowskiego, z tym, że zamiast znienawidzonej przez niego kina-piry, czyli zupy rybnej z wściekiełką można zjeść coś dobrego. Choć taką na przykład cziczę chętnie bym spróbowała. To znaczy dopóki nie dowiedziałabym się jak jest wyrabiana, bo obawiam się, że później nie miałabym już na nią najmniejszej ochoty.

Podróż zaczynamy od wylądowania w Kolumbii, państwie, w którym trwa wojna domowa, cukier mylony jest z cementem, a przemieszczając się z miasta do miasta można dostać kulką w łeb, właśnie za to, że w ogóle mamy czelność się przemieszczać. Naprawdę podziwiam ludzi, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli lądują na terenie takich państw. Ja i moja odwaga zrobiłybyśmy w tym momencie pewnie wielki zwrot w tył i uciekły gdzie pieprz rośnie, ale Cejrowski nawet o tym nie pomyślał, choć właśnie panika była jego najwierniejszym towarzyszem. I przemierzając Kolumbie postanowił za wszelką cenę dotrzeć do Dzikich Indian, ale zanim to nastąpiło na jakiś czas zatrzymał się w Mitu spędzając czas z zewnętrznym plemieniem (zdaje się, że tak ci Indianie zostali w książce nazwani), a złwaszcza z ostatnim szamanem tego plemienia, uroczym Angelino. Szamanem tak inteligentnym i błyskotliwym, mającym tak ogromną wiedzę, że aż niemożliwym wydaje się, że jest to jednocześnie człowiek nieumiejący się chociażby podpisać. Angelino jest moim zdaniem największą atrakcją tej książki i jeśli ktoś nie może się do Cejrowskiego przekonać to powinien przeczytać tą książkę, choćby dla sceny, w której obu panów instuuje młodą parę jak powinni pinga-pinga, aby dorobić się potomstwa. Przepraszam, ale ja w tym momencie wybuchnęłam gromkim śmiechem. Zresztą śmiech towarzyszył mi prawie nieustannie. W dalszej części mamy także okazję poznać prawdziwego Czarownika, z którym Cejrowski przegadał wiele nocy i to po polsku, bo Czarownik potrafił czytać prosto z serca. Niektóre momenty są tak nieprawdopodobne, że aż zastanawiałam się czy autor trochę nie pozmyślał, ale może czasem dobrze uwierzyć w odrobinę magii.

Zawdziwiające jest też to, że tylko jedna wyprawa na pięć kończyła się sukcesem, znalezieniem jakiegoś plemienia, reszta to porażki.

Cóż, strasznie żałuję, że z powodu zbliżającej się sesji nie mogłam się gdzieś na kilka godzin po prostu zaszyć z tą książką, bo Cejrowski ma niesamowity moim zdaniem talent i jak już pisałam mogłabym go czytać i czytać bez końca, bez przerwy. Po prostu ja, on i Dzicy, no byle bez kina-piry. Sprawę czytania utrudniał mi też ciężar książki, który sprawiał, że nie nadawała się ona do torebki i tramwajowego czytania.

Generalnie polecam, jeśli już nie dla treści to chociażby dla samych, niesamowitych zdjęć.

Ocena: 6/6