Ani tu, ani tam: Europa dla początkujących i średniozaawansowanych / Bill Bryson ; tłum. Tomasz Bieroń. – Poznań : Zysk i Sk-a, 2010. – 316, [4] s.; 21 cm. – (Naokoło świata). – ISBN 978-83-7506-418-6

Będąc w temacie podróży postanowiłam sięgnąć po „Ani tu ani tam”, bo zapowiadało się śmiesznie i przyjemnie. I biorąc do ręki książkę Brysona zaraz po znakomitych relacjach Cejrowskiego zrobiłam chyba najgorszy z możliwych błędów, bo te dwie książki to zupełne przeciwieństwa i jeśli jest to faktycznie najlepsza książka podróżnicza roku to bardzo współczuje Amerykanom i naprawdę nie chciałabym czytać tej najgorszej. W takim przypadku mogę im tylko doradzić sięgnięcie po książki polskich podróżników.

Miała być podróż po Europie pełna zabawnych przygód, jak wywnioskowałam po opisie z okładki, a wyszła podróż po europejskich barach pełna czasem naprawdę żałosnych żartów. Zamiast skupiać się na miejscach, które z pewnością są godne uwagi Bryson skupił się na opisywaniu ludzi, którzy w większości odwiedzonych krajów są oczywiście gorsi i głupsi od niego, brudzą, chleją i nie robią nic pożytecznego dla reszty ludzkości. Najlepszymi zaś widokami w każdym z miejsc były kobiece atuty. I jak początkowo zmartwił mnie brak zdjęć, bo przecież to jest dla mnie największa atrakcja w przypadku książek podróżniczych, tak z czasem zaczynałam się coraz bardziej cieszyć, że tych zdjęć nie ma, bo obawiam się, że ich większość mogłaby przedstawiać jakże urodziwe biusty czy jędrne pośladki.

Najgorsze jednak jest to, że w momentach gdy miałam ochotę rzucić tę książkę w kąt Bryson rzucał żartem, który naprawdę potrafił wywołać mój uśmiech, stawał się człowiekiem wywołującym wielką sympatię albo zaczynał pisać o rzeczach z którymi w pełni się zgadzałam, jak na przykład fragment o przydatności podręczników do nauki języków obcych, w jego przypadku francuskiego, które nie uczą tak naprawdę niczego. Na podstawie mojego podręcznika do angielskiego mogłabym się wypowiedzieć na temat pracy CSI, ONZ czy historii MacDonalda, ale z pewnością nie znam wielu podstawowych i najbardziej przydatnych w obcym kraju zwrotów. I cieszę się, że nie tylko ja to zauważam. No właśnie, szkoda tylko, że po błyskotliwych uwagach następuje zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i zaczyna się pisanina o niechęci do zwierząt i konieczności wywiezienia wszystkich psów na zapadłą wyspę, kiedy to znów ma się ochotę jak najszybciej o tej książce zapomnieć.

Nie zazdroszczę Brysonowi podróży, absolutnie (dobra, zazdroszczę mu trochę widoku zorzy polarnej, bo sama pewnie nigdy nie będę miała okazji jej zobaczyć), dla mnie nie była ani ciekawa, ani pełna przygód, ot, takie bezsensowne zwiedzanie, choć nie wiem czy to można nazwać zwiedzaniem, i szastanie pieniędzmi. No właśnie, pieniądzę to coś czego mu zazdroszczę. Zjeździć większość Europy jadając w najlepszych restauracjach i śpiąc w najdroższych hotelach tylko dlatego, że mamy taki kaprys i musimy pokazać recepcjoniście, że nas na to stać to już przecież coś. Tyle, że czy nie lepiej byłoby wydać te pieniądze na coś co naprawdę warto zobaczyć zamiast na litry piwska i najwygodniejsze łóżko w całej Kopenhadze?

Podsumowując, jeśli komuś odpowiada takie poczucie humoru to myślę, że książka jest warta przeczytania, bo od żarcików się w niej roi. Mnie niestety większość nie śmieszyła.

Ocena: 2,5/6