Na ogół przy czytaniu robię sobie pobieżne notatki, wypisuje sobie chociaż najważniejsze wątki, imiona, miejsca, coś do czego mogłabym się po lekturze odnieść. Kraj bez kapelusza od pierwszych stron jakoś tak mnie oczarował, że notatki całkiem wyleciały mi z głowy. A może to Erzulie i Ogun zdziałali swoje i sprawili, że zapomniałam całkiem o tym co ważne.

Dany Laferrière stworzył książkę jak dla mnie, dość dziwną. Zbudowaną z krótkich fragmentów, zawierającą w sobie mieszankę różnych stylów i gatunków. Co najdziwniejsze, to że u niego ta różnorodność wcale nie zgrzyta. Wszystko jest odpowiednio dopasowane i współgra ze sobą, może nawet lepiej niż gdyby autor stworzył zwykłą powieść.

Laferrière biorąc nas za rękę, i posługując się Starym Gnatem – bohaterem stworzonym na własne podobieństwo, który po dwudziestu latach nieobecności wrócił do ojczyzny, prowadzi nas przez wąskie uliczki Haiti, pełne kurzu, zapachu dojrzałego mango i… zmarłych wyłaniających się zza rogu. Podczas tej wędrówki pozwala nam na wgląd w jego relacje z matką, ciotką, niewidzianymi od dawna, a nadal tak ważnymi przyjaciółmi, a nawet pierwszą miłością, której nigdy nie będzie już dane mu zatrzymać przy sobie. Dowiadujemy się jak ważna jest dla niego matka, utożsamiana zresztą z krajem, z którego pochodzi. I jak bardzo boli strata tego, co już nie do odzyskania. To wszystko jest napisane pół żartem, pół serio i choć człowiek podczas lektury podświadomie się uśmiecha, to jednak da się tu wyczuć jakąś taką nostalgię i tęsknotę.

Stary Gnat gromadząc materiały do swojej książki pozwala nam śledzić wyłapywanie przez niego różnic i podobieństw, które dostrzega między krajem sprzed jego wyjazdu, a tym jak wygląda teraz. Przy czym okazuje się, że tych drugich jest dużo więcej. Nawiązuje do tego jak traktuje się na Haiti tych, którzy wyjechali na stałe i tych, którzy jednak wrócili po kilkunastu latach, przy czym gdzieś w tym wszystkim stara się znaleźć swoje własne miejsce. A na deser, zabiera nas ze sobą do kraju bez kapelusza, czy też kraju zmarłych po prostu, gdzie spotkamy wiecznie żywych bogów voodoo. 

U Laferrière’a kraj na jawie przeplata się z krajem we śnie. Gdyby nie autor, który dzieląc książkę na części, jakoś nam te światy rozgranicza, w pewnych momentach, ciężko by było nam je odróżnić. A może to i lepiej, bo w końcu po co je rozróżniać, oddzielać niepotrzebnie, tak jak robimy to na co dzień, skoro jak widać dobrze im jednak ze sobą.  

Dany Laferrière, Kraj bez kapelusza, Kraków, Wydawnictwo Karakter 2011.