Zazdroszczę tej kobiecie, nie tylko tylu wypraw, tylu przygód, ale przede wszystkim jej odwagi i tego, że nie zawaha się przed niczym, a nawet jak się zawaha… to i tak jest w stanie pokonywać swoje granice.

Po Zapiski (pod)różne sięgnęłam jednak z lekką niepewnością, bojąc się, że krótkie notatki, czasem zajmujące dosłownie dwie strony, nie będą w stanie mnie wciągnąć ani wywołać żadnych emocji. Bałam się, że to będą jakieś nic nieznaczące fragmenty, zupełnie wyrwane z kontekstu i zebrane w jedną całość, tylko i wyłącznie… dla zarobku.

Jakże się myliłam, Wojciechowska pisze świetnie, ja bawiłam się doskonale, wciągnęłam od pierwszej strony, każdy fragment stanowi idealną całość, a zarobek, no cóż, mam nadzieję, że będzie duży, a z pewnością w pełni zasłużony.

Wraz z autorką znajdziemy się więc na rytuale oczyszczania u napalonego szamana, pod wodą pływając między rekinami, w zatłoczonym indyjskim przedziale dla panów albo w etiopskim areszcie. Razem z nią będziemy wybierać piękne sari, lepić garnki, wściekać się przy wyplataniu panamy i polować na czterometrową anakondę. A przy tym nie obejdzie się bez śmiechu, pozwalającego spalić trochę zbędnych kalorii, ale i kilku wzruszeń.

W te wszystkie zapiski Wojciechowska zgrabnie wplata własne przemyślenia. O ludziach, o zwyczajach, o swoich własnych wyborach, o strachu przed zmianami, o marzeniach, tych spełnionych i nie, o bliskich za którymi tęskni, a którym nie zawsze zdąży powiedzieć wszystko co by chciała. Dużo uwagi poświęca również różnicom kulturowym, które czasem są naprawdę ogromne. Przy czytaniu o nich naprawdę cieszyłam się, że żyję tu gdzie żyję, że nie musiałam w wieku 14 lat wyjść za mężczyznę, którego nie kocham, że nie muszę codziennie zbierać kilkunastu kilogramów alg za które dostanę marne kilka centów.

Do tego autorka raczy nas mnóstwem ciekawostek. Przykład? No cóż, nie wiem jak wy, ale ja nie miałam pojęcia, że tak naprawdę więcej ludzi zostaje zaatakowanych przed delfiny niż rekiny albo że islandzka książka telefoniczna jest właściwie nie do opanowania dla kogoś spoza tego kraju, bo członkowie tej samej rodziny mogą mieć zupełnie różne nazwiska.

Bardzo podobał mi się styl Wojciechowskiej, nie ma w tej książce silenia się na sztywny, inteligencki ton, Martyna pisze prosto, bez unikania potocznych zwrotów, mam wrażenie, że po prostu tak jak czuje. A przez to możemy sobie wyobrazić, że siedzimy zaraz obok niej, że uczestniczymy w tych wszystkich wydarzeniach, że jesteśmy tam: w Japonii, w Indiach, w Mongolii, w Nepalu (choć tu akurat może niekoniecznie chcielibyśmy się znaleźć).

Książkę uzupełniają oczywiście fotografie, nie tak liczne jakby mi się marzyło, ale ja-maruda zawsze liczę na dużo więcej. Choć wydaje mi się, że przy takiej cenie jest ich w sam raz. O, właśnie – cena też wypada na plus. Niecałe 25 zł za wydanie w twardej oprawie, na kredowym papierze i ze zdjęciami to naprawdę niewiele. 

Czas spędzony przy zapiskach (pod)różnych uważam za jak najbardziej udany, tych którzy wahają się przed zakupem książki zapewniam, że nie ma przed czym, a sama z wielką chęcią sięgnę po pozostałe książki Wojciechowskiej.

Martyna Wojciechowska, Zapiski (pod)różne, Warszawa, Wydawnictwo G+J 2011.