Gdy Europa czyta, Indie rozmawiają.* 

Niewiele czytałam dotąd o Indiach, nigdy w tym kraju nie byłam, bollywoodzkich produkcji właściwie nie oglądam, a jednak odkąd zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach coś nieustannie mnie ku niej popychało. Co mogę napisać? Jeśli dzięki temu czemuś natknę się na więcej takich książek to proszę, niech pcha mnie jak najczęściej.

Bo jak się okazało Lalki w ogniu to świetna książka. Wciągająca i napisana tak, że Indie czuć niemal wszystkimi zmysłami. Czytając o targowiskach słyszę ich hałas, widzę feerię barw, którą ukazują, czuję zapach ryb i świeżych owoców. Zatrzymując się na rozdziale poświęconym jedzeniu cieszę się, że mój żołądek jest pełny, bo przesiąknięta zapachem smażonych warzyw i szafranu zaczęłabym się pewnie rozpaczliwie rozglądać chociażby za miseczką ryżu. Gdy autorka pisze o republice latryn czuję autentyczny wstręt i obrzydzenie, gdy wyobrażam sobie małe dzieci wyciągające rączki po kilka rupii w odruchu współczucia sięgam do własnej kieszeni. 

Wilk opisując Indie zestawia nowoczesność z tradycją, wielkie bogactwo z nędzą, czystość z wszędobylskim brudem. Dotyka niemalże wszystkich aspektów życia Hindusów. Przeczytamy tu o religii, tak dla nich ważnej, o bogach widocznych niemalże wszędzie, a także o wierze w liczne zabobony i potrzebie konsultowania się z astrologami przed podjęciem ważnych decyzji. Znajdziemy fragmenty mówiące o miłości, tak ciągle niedostępnej w kraju gdzie małżeństwa zawiera się ze względu na korzyści, które mogą przynieść rodzinie. Dużo uwagi autorka poświęca miejscu kobiety w indyjskiej społeczności, która wciąż bez mężczyzny przy boku pozostaje właściwie nikim, a nawet z mężczyzną powinna pozostać jakby niewidzialna. Podczas czytania zostaniemy zarażeni zachwytem targowiskami, na których dostaniemy można dosłownie wszystko: ryby oprawiane bezpośrednio na oczach kupca, wieprzowinę, sari, piękne, kolorowe materiały, biżuterię kuszącą blaskiem i sprawiającą wrażenie niezbędnej do życia.

Nie zabraknie tu też rozdziału o kolejach i wiecznie przepełnionych pociągach, tętniących życiem o każdej porze dnia i nocy. I o ulicach, na których nie obowiązują żadne zasady, a już na pewno nie te pisane, a które każdego dnia zamieniają się w jedną wielką łaźnię, w której dostrzec można setki mężczyzn oddających się porannej toalecie. Mnie natomiast chyba najbardziej zafascynował (i zmusił do własnych poszukiwać) fragment, niestety dość niewielki, o hidźrach, czyli transseksualistach, homoseksualistach, eunuchach tworzących w tym kraju zupełnie odrębną kastę.

Znajdzie się tu nawet niespodzianka dla każdego książkoholika, w postaci rozdziału poświęconego książkom właśnie. Bo choć w Indiach stopień analfabetyzmu wciąż jest całkiem spory to jednak i tam dostępne są budynki po brzegi wypełnione książkami, w których znaleźć można niemal wszystko, od Harry’ego Pottera po Mein Kampf Hitlera.

Zarzuty? Są! Oczywiście! Zbyt mało zdjęć na przykład. Teoretycznie, biorąc pod uwagę plastyczny język autorki, podczas czytania mamy to wszystko o czym pisze i tak przed oczami, ale ja bym tak chętnie sobie pooglądała te zdjęcia teraz, po zakończeniu lektury, albo w przerwach pomiędzy kolejnymi rozdziałami, a tu zaledwie cztery wkładki, na każdej dosłownie kilka fotografii. Mało mi.

Co nie zmienia faktu, że Lalki w ogniu to jedna z lepszych książek, jakie czytałam w tym roku i polecam ją po stokroć, a każdemu kto się jeszcze waha z zakupem radzę szybciutko biec do księgarni.

Paulina Wilk, Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Warszawa, Carta Blanca 2011.

s. 152

Strona autorki