Monika Richardson i Lidia Popiel to ambasadorki bursztynu w Polsce. Wiecie, że nie miałam pojęcia, że istnieje u nas taka zaszczytna funkcja? Naprawdę. Choć bursztyn zawsze, chyba od zawsze mi się podobał. Z tym, że jak się okazało nie wiedziałam o nim zbyt wiele. Na przykład obce były mi inkluzje, które teraz po przeczytaniu o nich, po oglądnięciu zdjęć chciałabym koniecznie mieć. Może w formie kolczyków albo jakiegoś pierścionka. Cóż, okazuje się, że nawet jedna z ambasadorek, to znaczy Monika Richardson też zbyt wiele o bursztynie nie widziała, bo i ona na pewną galę udała się z takim fałszywym na szyi, co jej zostało zresztą wytknięte przez pewną panią profesor. 

W każdym razie obie kobitki postanowiły udać się szlakiem bursztynu, wybierając jeden konkretny, bo jak się okazuje jest ich w różnych konfiguracjach całkiem sporo, i sprawdzić jak to z tym pięknym kamieniem było. Tak właśnie powstała książka, w której na początku poznajemy krótką historię sukcynitu, a potem mamy okazję przyglądnąć się podróży Popiel i Richardson (a także kilku innych osób) i poszukiwaniom osób, które całe życie swe postanowiły poświęcić tworzeniem z bursztynu małych cudów. 

Podróż swoją zaczęły od Włoch, ściślej od Rzymu, gdzie i właściwie teoretycznie miał swój początek także bursztyn, miliony lat temu zresztą. Stamtąd, mijając również kilka innych krajów (m. in. Słowenię, Słowację czy Węgry) trafiły do Polski. I tak spędziły chwilę w Instytucie Zoologicznym na wydziale nauk biologicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, chwilę w Krakowie w towarzystwie Lucjana Myrty, który w bursztynie tworzy wręcz monumentalne rzeźby, chwilę na Warszawskich Targach Jubilerskich, chwilę na zamku w Malborku, gdzie jak pisze Richardson miały okazję zobaczyć dość nudną wystawę bursztynu, kończąc swą podróż w Muzeum Bursztynu w Gdańsku.

Paradoksalnie najbardziej podobały mi się te fragmenty nie dotyczące wcale głównego tematu podróży. Wydaje mi się, że jeśli o bursztyn chodzi Richardson (bo ona właściwie jest autorką całego tekstu) przytacza zbyt wiele faktów, zbyt wiele wydarzeń historycznych, zbyt wiele po prostu nudnych dla mnie rzeczy. A mnie się podobało jak jadły wypasiony obiad we Włoszech (swoją drogą, co takiego jest we włoskich potrawach, że samo ich wymienianie, nawet bez zbędnych opisów, sprawia, że natychmiast leci mi ślinka?), o tym jak trafiły we Wrocławiu na restauracje, która przywołała miłe wspomnienia z Rzymu, o tym, jak w Malborku mimo nudnej wystawy, jednak było im dobrze, bo trafiły na wspaniałych ludzi. Ujęły mnie te fragmenty, w których Richardon pisała o swojej towarzyszce podróży. O tym z jakim zaangażowaniem fotografuje, wszystko co ją w jakiś sposób zaintryguje, o tym z jaką pasją oddaje się temu, co kocha. Każdy z tych fragmentów pokazywał to jak wielkim szacunkiem te kobiety się nawzajem darzą i jak wielka przyjaźń może narodzić się zupełnie przypadkiem, między dwoma z pozoru zupełnie różnymi osobami.

Mniej suchych faktów, więcej siebie i własnych emocji, a książka na pewno wiele by zyskała. Choć i tak w gruncie rzeczy czytało mi się ją z przyjemnością, wzmaganą jeszcze przez zamieszczone wewnątrz cudowne fotografie. 

Monika Richardson, Lidia Popiel, Polki na bursztynowym szlaku, Warszawa, Świat Książki 2012.