Ilu ludzi pracujących w korporacjach ma momentami wszystkiego dosyć i marzy tylko o wyrwaniu się z tej szarej rzeczywistości? A ilu z nas myślało kiedykolwiek o rzuceniu wszystkiego w diabły i wyjechaniu do odległego, egzotycznego kraju? I w końcu, ile osób ma faktycznie odwagę do tego, żeby to zrobić?

Marek Lenarcik miał. Przebywając w Irlandii, pracując dla Microsoftu, pewnego dnia doszedł do wniosku, że wcale nie chce, by tak wyglądała reszta jego życia. Rezygnując z dobrze płatnej pracy, bezpiecznego i wygodnego życia, zdecydował się na wyjazd do Tajlandii, by po zrobieniu odpowiednich kursów, zająć się tam nauczaniem języka angielskiego.  

Niestety, mam wrażenie, że zamiast na egzotyce tego kraju, cała książka opiera się na uciechach cielesnych autora. Nie do końca rozumiem cel takiego uzewnętrzniania się. Nie wiem, może mężczyźni już tak mają, że muszą się pochwalić ile to orgazmów dostarczyli swojej partnerce albo co zrobiła im urocza Tajka na środku sceny nocnego klubu, ale mnie, jako kobiety, zupełnie to nie zachwyca. Przykro mi.

Wiadomo, początkowo próbowałam sobie tłumaczyć to wszystko prostym To jest Tajlandia, a o Tajlandii przecież nie można pisać bez seksu. Ale im dalej tym bardziej mnie to dziwne dowartościowywanie się autora zaczynało nudzić, a czasem i drażnić. Tym częściej dochodziłam do wniosku, że można przecież o seksie pisać bez szczegółów. Że ok, to Tajlandia, to kluby z ping-pong show, to ladyboys, to chick with dick i inne kulturowo dość ciekawe zjawiska, ale o ekscesach Lenarcika z jego własną niby dziewczyną wcale czytać nie chcę. I z każdym kolejnym epizodzikiem myślałam sobie o raaany, znowu? kogo to obchodzi? 

Momentami śmiać mi się też chciało, że jakiś facet może być aż tak naiwny, że może aż tak dać się tak wykorzystywać. Ja wiem, dla dobrego seksu można pewnie zrobić wszystko, ale znosić dziwne wybuchy zazdrości, przyjąć do siebie kobietę z dzieckiem i wcale nie najlepiej wyglądającą przeszłością, a przy okazji z byłym mężem pojawiającym się od czasu do czasu i jego rodziną, która pod żadnym pozorem nie ma zamiaru zgadzać się na żaden inny związek synowej, no i pakować w tą kobietę kupę kasy? Po co? Ale może tu faktycznie trzeba pozostać przy tym, że to Tajka, taka jest jej natura, a skoro autorowi zapewnia co i rusz najlepsze numerki w jego życiu, to po co się czepiać. 

Inna sprawa, że mimo tego seksu wylewającego się z każdej strony, w gruncie rzeczy dobrze mi się tę książkę czytało i pochłonęłam ją właściwie w dwa dni, a pewnie pochłonęłabym szybciej, gdybym miała więcej czasu. Lenarcik zdecydowanie nie dba o piękno językowe, Tajski epizod z dreszczykiem nasycony jest kolokwializmami do granic możliwości i chyba właśnie to, sprawia, że czyta się go tak, jakby słuchało się dobrego znajomego. Choć pozostaje jeszcze pytanie ile można słuchać o jednym i tym samym? Bo podejrzewam, że choć odrobinę więcej nie byłabym w stanie znieść.

Na plus zaliczam także ogromną szczerość i bezpośredniość autora, które widać właściwie w każdym zdaniu (choć przyznam, że czytając wywiad przeprowadzony z nim i zamieszczony na końcu książki i porównując go z wcześniejszymi fragmentami na temat szkoły w której pracował, zaczęłam w to jednak wątpić, ale tłumaczę sobie tym, że wywiad przeprowadzany był zaraz na początku jego pracy). W zasadzie to dobrze, że potrafi pisać o wszystkim, bez jakichkolwiek zahamowań, choć nadal pozostanę przy zdaniu, że o niektóre sprawy są tak intymne, że niekoniecznie muszą czytać o nich wszyscy (nie)znajomi. 

I pozostaje mi zastanowić się czy książka bardziej przypadłaby mi do gustu, gdybym była mężczyzną i w trakcie czytania zżerałaby mnie zazdrość z powodu tego, że to Lenarcik, nie ja, miał okazję oglądać piłeczki pin-pongowe wypuszczane z najintymniejszych części kobiecego ciała.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Lektury Reportera

Marek Lenarcik, Tajski epizod z dreszczykiem, Kraków, Wydawnictwo Bezdroża 2012.