Mówi, że książki są dla niego jak dom, tam gdzie ma je przy sobie, czuje się jak w domu.*

Oto kolejna książka nad którą miliony piały z zachwytu. No, z milionami może przesadzam, ale prawdą jest, że we Włoszech książka ta biła rekordy popularności, w polskiej blogosferze wywołała niemałe zamieszanie, a jej pięć minut z powodzeniem zamieniło się przynajmniej w dziesięć. Jak więc mogłabym minąć ją obojętnie?

Szesnastoletni Leo postrzega świat za pomocą barw. Przyjaźń widzi w niebieskim odcieniu, unoszącym się nad postacią Silvii, miłość jest czerwona niczym krew, biały zaś… No właśnie. Biały to kolor, którego Leo boi się najbardziej. 

Czytając tę książkę myślałam o tym, że i ja boję się tej wszechogarniającej bieli. Nie śmierci czy samotności, choć one też napełniają mnie przerażeniem, ale właśnie bieli. Tego, że w pewnym momencie poczuję wokół siebie jedną, wielką, białą pustkę. Że zapomnę. O tym, co dla mnie ważne. O tym, co mnie ukształtowało. O tym, co wpłynęło na moje życie. Boję się, że któregoś dnia otuli mnie biel i zwyczajnie przestanę być sobą. Tyle prywaty… 😉 

Postać Leo wydała mi się początkowo strasznie infantylna jak na swój wiek, miałam za złe autorowi, że aż tak spłycił tego szesnastolatka, ale wraz z rozwojem fabuły, pomyślałam sobie, że dzięki temu jeszcze wyraźniej widać jego wewnętrzną przemianę. To wkraczanie w dorosłość, przewartościowanie własnego życia, dostrzeżenie tego, co naprawdę powinno być ważne. Choć i pod koniec zdarzył się fragment, w którym na moment wyszła ta jego niedojrzałość, a ja puknęłam się w głowę. Co do samych postaci, szalenie spodobał mi się Naiwniak i postawienie go za swego rodzaju wzór do naśladowania. Jakby to było cudowne, gdyby każdy z nas na pewnym etapie własnego życia mógł napotkać właśnie takiego nauczyciela (i nie konkretnie o zawód mi tu chodzi), kogoś kto wskaże mu którą drogę wybrać, weźmie za rękę wtedy gdy sami nie jesteśmy w stanie dalej iść.

Ludzie są trochę jak gwiazdy: świecą, choć czasem z bardzo daleka, ale świecą, i zawsze mają jakąś ciekawą historię do opowiedzenia… Tyle tylko, że potrzeba czasu, bywa, że długiego, aby ich historie dotarły do naszych serc, podobnie jak światło gwiazd do naszych oczu. **

Podczas lektury myślałam sobie o tym jak to jest, że jesteśmy tacy ślepi. My, bo to nie tylko przypadłość głównego bohatera, ale wszystkich ludzi mam wrażenie, że szukamy wiecznie szczęścia tam, gdzie nie możemy go dosięgnąć i nie widzimy, albo i nie chcemy widzieć, że mamy go najczęściej na wyciągnięcie rąk i wystarczyłoby zdjąć te klapki z oczu, a zobaczyłoby się jak wiele przy sobie mamy. Ale to tak już chyba jest, że nawet jak mamy dużo to wiecznie nam mało i szukamy, szukamy, często zostając w końcu z niczym.

Zastanawiam się trochę z czego wynikają te wszystkie zachwyty nad tą książką i nie potrafię sobie tego w jakiś logiczny sposób wytłumaczyć. Fabuła? Raczej nie. Przynajmniej mi ciężko było w niej dostrzec coś oryginalnego, to zlepek różnych innych znanych książek czy filmów. Styl? No, tu może trochę powiało świeżością, ale chyba też nie na tyle, by okrzykiwać Białą jak mleko… jakimś literackim odkryciem. Inna sprawa, że mnie w pewnym momencie zaczęły drażnić te nadmuchane do granic możliwości porównania i silenie się na poetycki język. Więc co zadziałało w tym przypadku? Nie mam bladego pojęcia… Może to już tak po prostu jest, że wystarczy odrobina miłości i śmiertelna choroba, by porwać tłumy?

W każdym razie uważam, że to dobra książka. Aż takich zachwytów co prawda nie podzielam, może trochę z własnej winy, bo jak zwykle zbyt wiele się spodziewałam, ale przyjemnie mi się ją czytało i myślę, że spokojnie mogłabym ją polecić odbiorcy będącemu w wieku głównego bohatera, a nawet odrobinę młodszemu.

Alessando D’Avenia, Biała jak mleko, czerwona jak krew, Kraków, Wydawnictwo Znak 2011.

*s. 165.

**s. 241.