Przejechać na rowerze kilkaset (a nawet kilka tysięcy) kilometrów? Czemu nie? Po lekturze Makaronu w sakwach chciałoby się powiedzieć: dla chcącego nic trudnego. Autor stawiając sobie za cel obydwie Ameryki, z ciągnącymi się przez nie, jednymi z największych, pasmami górskimi, wziął rower, namiot, sakwy po brzegi wypchane makaronem z makaronem i… pojechał. Mijając po drodze cudowne miejsca, którym jednak zdawał się nie poświęcać zbyt wiele uwagi, spotykając ludzi, czasem przyjaźnie, czasem mniej przyjaźnie nastawionych, co jednak też nie robiło na nim na ogół zbyt wielkiego wrażenia.


A ja, o ile na początku zachłysnęłam się tą jazdą, tym dążeniem do wyznaczonego celu, mimo przeciwności losu, o tyle w pewnym momencie zaczęłam odczuwać zwyczajną nudę. Myślę, że to jest taki rodzaj książki, który po prostu nie dotrze do tych, którzy nigdy nie pokonali tylu kilometrów na rowerze, wbrew pogodzie, własnym siłom i wszelkiemu rozsądkowi. Mimo dobrego stylu autora, który właściwie od początku traktuje czytelnika, jak swojego przyjaciela, po kilkudziesięciu stronach jego podróż, jego opowieść zaczyna się stawać dla odbiorcy zbyt monotonna, bo przecież ile można jechać i jechać, i szukać miejsca na rozbicie namiotu, i narzekać na niezbyt sprzyjające warunki pogodowe, i… Wiem. Myślę sobie, że pewnie można długo. Pewnie dużo dłużej niż nam to opisał Strzeżysz. Pewnie można jechać na tym rowerze w nieskończoność, jeśli taki się sobie postawiło cel i odczuwać przy tym ogromną satysfakcje, tyle, że ja tego zwyczajnie nie czuję. I coś mi się wydaje, że większość czytelników tego nie poczuje, jeśli nigdy tyle nie jechała, jeśli nigdy nie zastanawiała się gdzie spędzi noc, kogo spotka, i czy przypadkiem nie będzie to… niedźwiedź. 

Nie lubię takich książek, które nie potrafią wyzwolić we mnie żadnych emocji. Przy których nie czuję zupełnie niczego. A przy tej nie czułam. No, może poza zwyczajnym znużeniem, jakbym sama od kilku godzin pedałowała na tym rowerze, i sprawdzała tylko co rusz, ile jeszcze zostało mi do końca. 

Mogę podziwiać autora. Zresztą, nie tylko jego, ale i ogół ludzi, którzy stawiając sobie jakiś cel, czasem zupełnie niezrozumiały dla innych, potrafią dążyć do niego, choćby się paliło i waliło. Niestety, po jego książki, więcej raczej nie sięgnę. Chyba, że dla samych zdjęć. Te faktycznie zachwycały za każdym razem, gdy na nie patrzyłam. 

Recenzja opublikowana na LekturyReportera.pl

Piotr Strzeżysz, Makaron w sakwach, czyli rowerem przez Andy i Kordyliery, Gliwice, Wydawnictwo Bezdroża 2012.