Patrząc na śpiące obok mnie dzieci nie potrafię, nie chcę, nie mogę wyobrazić sobie bólu, którego doświadczyły bohaterki tej powieści. Jeszcze bardziej nie chce dopuszczać do siebie myśli o tym jak wiele było kobiet, które nie tylko na kartach książki, ale naprawdę przeżyły to wszystko. Nie chcę myśleć o tym, jak wiele matek, w różnych miejscach na świecie, nadal w różny sposób zmuszana jest do rozstania z dziećmi dla ich własnego dobra. Dla ich bezpieczeństwa, często bardzo pozornego zresztą.

Po jednej z regularnie urządzanych we wsi obław, po tym, gdy zabrali jej rodziców, a dom przestał być bezpiecznym miejscem, Róża wraz z pięcioletnią córeczką musiały poszukać schronienia gdzie indziej. Znalazły je w udostępnionej przez dobrych ludzi stodole, gdzie w założeniu miały spędzić dwie, góra trzy noce. Po kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu kolejnych dniach i nocach tylko delikatne wgłębienia na drewnianej belce pozwalają Róży nie pogubić się w tym, ile czasu spędzają w totalnym odrętwieniu. Ile nocy pełnych strachu. I wieczorów, kiedy to przychodzi ich wybawca, a Szira musi odwracać się w stronę ściany i być tak cichutko jak to tylko możliwe. To tam właśnie, chcąc umilić córeczce spędzany w bezruchu czas i namówić do zachowania ciszy, Róża tworzy opowieść o pięknym ogrodzie, niebezpiecznych olbrzymach i żółtym ptaszku, który odtąd będzie jedynym przyjacielem dziewczynki. W końcu jednak i w dającej namiastkę bezpieczeństwa stodole staje się zbyt niebezpiecznie i nadchodzi czas najgorszych, najtrudniejszych dla Róży decyzji. 

Ściska ją w gardle, a klatka piersiowa faluje, gdy wypróbowuje inne melodie, piosenki, które układała sobie w głowie, siedząc w stodole. Wspomina czasy, kiedy cała rodzina była jeszcze razem: wspólne spacery brzegiem rzeki, wodę zmarszczoną od powiewów wiatru, rozmowy toczone po obiedzie z instrumentami spoczywającymi w zasięgu ręki.

Tylko w t a k i e j muzyce, melancholijnej i buntowniczej zarazem, może odnaleźć coś swojego, nie zdradzając jednocześnie prawdy o sobie. Może odnaleźć swoją rodzinę i dom. Zabite deskami okna. Żółte gwiazdy. Nuty łączą jak most przerzucony przez noc, która ich rozdzieliła.**

Patrzę na te moje dzieci i zastanawiam się jak miałabym je zmusić do spędzenia choć jednego dnia w całkowitej ciszy. Jak wytłumaczyć, że odtąd zamiast we własnym domu muszą właściwie bez ruchu leżeć w miejscu zupełnie im obcym. Nie mówiąc zbyt wiele, nie szepcząc, starając się nie wydawać żadnych głośniejszych dźwięków, nie wykonywać żadnych gwałtowniejszych ruchów, które mogłyby zdradzić ich położenie. Jak dziecku, które nie dostrzega jeszcze żadnych różnic, wytłumaczyć, że tak bardzo różni się od rówieśników, iż nie może się z nimi bawić. Jak sprawić, by było dumne z tego, kim jest, choć póki co lepiej, by o tym, kim jest zapomniało. Zastanawiam się jak długo sama byłabym w stanie wytrzymać bez dźwięków, dzień za dniem leżeć i patrzeć w zbutwiałe belki stodoły. Przymierać głodem, sparaliżowana strachem, odliczać dni krótkimi momentami, o których chciałabym zapomnieć i obsesyjnie wręcz trzymać się tej ostatniej iskierki coraz bardziej gasnącej iskierki nadziei. 

…dźwiga na barkach brzemię sekretów, o których surowo kazano jej zapomnieć. I z a p o m i n a, choć rozpaczliwie pragnie pamiętać.**

Żółty ptak śpiewa to osadzona w czasach II wojny światowej, niezwykle poruszająca opowieść o wojnie i samotności, o wszechogarniającym pragnieniu przetrwania, o strachu i wytrwałości, o tęsknocie i ogromnej pustce, której nie da się niczym zapełnić, a przede wszystkim o sile matczynej miłości. Choć byłoby to proste, autorka nie stosuje tandetnej gry na emocjach czytelnika, nie popada w przesadę, po prostu za pomocą dwóch głównych bohaterek opisuje losy tysięcy, którym zdarzyło się to samo. Którym ten sam los zgotowali inni ludzie. To historia, która sama w sobie łapie za serce, nie potrzebując przy tym żadnych dodatkowych ozdobników.

Jennifer Rosner, Żółty ptak śpiewa, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2020

*s. 178

**s. 168