Gdy zaczęłam czytać tę powieść, pomyślałam sobie, że to taka urocza historia, którą śmiało można polecać na poprawę jesiennych humorów. Później natomiast spłakałam się przeokrutnie i cóż… Polecam ją równie gorąco, może nawet jeszcze goręcej. To nie urocza opowiastka na przegnanie smutków, ale fantastyczna opowieść o tęsknocie, stracie i okrucieństwach wojny, które potrafią złamać nawet tych najdzielniejszych. Nie brak jej jednak uroku, humoru i cudownego, angielskiego klimatu. Bohaterowie szybko stają się bliscy sercu, ich losy śledzimy z ogromnym zaangażowaniem, w tle zaś rozbrzmiewają nie tylko wybuchy bomb, ale i dźwięki fokstrota. I naprawdę, naprawdę można je tu usłyszeć.

Jest rok 1940. Londyn niemal huczy od nieustannych nalotów, a młoda Emmeline Lake marzy o karierze korespondentki wojennej. Nic więc dziwnego, że gdy pewnego dnia znajduje w gazecie ogłoszenie dotyczące pracy w redakcji Launceston Press Ltd. bez wahania rezygnuje z mało satysfakcjonującej posady asystentki w kancelarii adwokackiej i żądna nowych wyznań postanawia rozpocząć karierę tam, gdzie od zawsze marzyła.

Szybko jednak okazuje się, że miejsce, w którym będzie dane jej pracować to czasopismo o wielce wymownym tytule Przyjaciółka Kobiety, do jej zadań natomiast będzie należeć czytanie i selekcjonowanie listów od czytelniczek do kącika porad prowadzonego przez Henriettę Bird. Po pierwszym rozczarowaniu, nadchodzi i kolejne: otóż surowa pani Bird ma całą listę zakazanych tematów, brzydzi się romansami i odpowiada na naprawdę niewiele z nadesłanych pytań, a większość problemów swoich coraz mniej licznych czytelniczek określa jako nieprzyzwoite. Zadaniem Emmy staje się więc nie tylko selekcja, ale także niszczenie i wyrzucanie do większości listów, na które pani Bird nie raczy nawet spojrzeć. Tyle, że Emma jest przekonana, iż porady dotyczące złamanych serc, przejmującej tęsknoty, wypalonych związków czy też pierwszych młodzieńczych zauroczeń naprawdę mogłyby pomóc. Być może znacznie bardziej niż wskazówki dotyczące przyrządzenia doskonałej pieczeni… Pewnego dnia postanawia więc wziąć sprawy we własne ręce i nieco wbrew rozsądkowi odpisać na list Pogubionej. A później i kilka kolejnych.

Przejmowałam się kobietami, które pisały do tego anachronicznego, nic niewartego tygodnika. Pani Bird dostawała tak niewiele listów, że bez trudu znalazłaby czas, żeby odpowiedzieć na wszystkie. A tu proszę, ktoś taki jak ja, byle asystentka, ciął je i wyrzucał do kosza, kiedy ona biegała po Londynie, zajmując się swoimi komitetami dobroczynnymi. […] Może ona miała w nosie czytelniczki, ale ja nie. Przyjęcie posady w „Przyjaciółce Kobiety” było błędem. Ale jeszcze większym błędem byłaby rezygnacja. Może i nie zdziałam zbyt wiele, starając się przeciwstawić pani Bird, lecz jeśli stracę posadę, to czy następna młodsza maszynistka spróbuje w ogóle coś zrobić? A jeśli nikt nigdy nie stanie w obronie tych kobiet, tak zdesperowanych, że o swoich problemach pisały do gazety?*

Myślę o historii Emmy, mielę ja na sto różnych sposobów, obracam w głowie, rozkładam na czynniki pierwsze. Czy postąpiłabym tak samo? Nie wiem. Bardzo bym chciała, ale nie sądzę, bym  miała w sobie dość siły i odwagi. Ja zawsze należałam do tych strachliwych, tych, które raczej nie wychodzą przed szereg. Nie odważyłabym się chyba sprzeciwić przełożonym, nie wzięłabym na siebie odpowiedzialności udzielania rad komukolwiek. Nie miałabym jednak serca podrzeć czyichś smutków, obaw i wrzucić ich zwyczajnie do kosza, zabrałabym więc pewnie list Pogubionej ze sobą i nosząc go w torebce, a potem dokładając do niego dziesiątki kolejnych, za każdym razem wyrzucałabym sobie własne tchórzostwo. Bo choć sama pewnie zrobiłabym inaczej, to całym sercem jestem za tym, co zrobiła Emma. Podziwiałam ją, kibicowałam jej, byłam dumna i przyklasnęłam głośno jej decyzji, bo w moim mniemaniu wykazała się ogromną odwagą, empatią i zaangażowaniem, a jej jedyny błąd polegał na tym, że nie podpisała się własnym nazwiskiem.

Mógł sobie Adolf wysyłać tyle samolotów, ile mu się żywnie podobało, a ludzie i tak nie przestawali się zakochiwać i żyć emocjami.**

Bo wojna to nie tylko walka na froncie, głośne wybuchy bomb i okrutny, bezsensowny rozlew krwi – to też setki małych, osobistych dramatów, to morze tęsknoty, to ciągły paraliżujący strach przed jutrem. To wreszcie tysiące osób, które potrzebują namiastki normalności, mocnego uścisku czy choćby lekkiego poklepania po ramieniu i zapewnienia ich, że wszystko będzie dobrze, bo wbrew temu, co nam się wydaje, TO kiedyś się jednak skończy.

Droga pani Bird to niezwykle angażująca, ogromnie wzruszająca, a przy tym wszystkim również pełna ciepła opowieść. I jednocześnie jedna z najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w tym roku. Polecam ją gorąco i mam wielką nadzieję, że znajdzie się pod niejedną tegoroczną choinką, bo uwierzcie – to idealny prezent na nadchodzące Święta.

AJ Pierce, Droga pani Bird, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2020

*s. 91-92

**s. 232