Czy opowieść o hodowli koni może być ciekawa? Owszem, może. Może, jeśli te konie tak naprawdę tylko pozornie stanowią jej temat przewodni. Może, jeśli pomiędzy trudy utrzymania i odbudowania gatunku wciśnie się kilka przejmujących ludzkich historii, które staną się czytelnikowi znacznie bliższe. Można, jeśli opowieść o ogromnej sile i woli przetrwania mimo wszelkich przeciwności staje się tak naprawdę historią nie zwierząt, a ludzi.

Ostatni to kolejna po Błękicie powieść Mai Lunde wchodząca w skład Kwartetu klimatycznego. Znacznie się jednak od Błękitu różni – mniej tu niepokoju, mniej katastroficznych wizji, za to znacznie więcej nadziei. I wiary w to, że wszystko da się odbudować – nawet z tym, co nam jako ludzkości uda się zniszczyć, natura prędzej czy później sobie poradzi.

Kolejny raz Maja Lunde przeplata ze sobą trzy różne historie, zaczynając swą opowieść gdzieś pod koniec XIX wieku, kończąc zaś we wcale nie tak odległej przyszłości 2064 roku. I choć losy jej bohaterów w żadnym momencie się nie splatają, to jednak łączy je o wiele więcej niż tylko dziko żyjące konie Przewalskiego.

Gdy w 1882 roku żyjący w Sankt Petersburgu Michaił Aleksandrowicz Kowrow dostaje wiadomość o odnalezieniu szczątków dzikich koni, to choć na ogół zajmuje się żywymi zwierzętami, tym razem postanawia poświęcić uwagę odnalezionej skórze i kościom, a powodowany ciekawością niedługo później nawet wyprawić się do Mongolii, gdzie mógłby na własne oczy zobaczyć legendarny gatunek jedynych na świecie dziko żyjących koni. W tej niezwykłej wyprawie będzie towarzyszyć mu Wilhelm Wolff, człowiek o charakterze zupełnie odmiennym od samego Michaiła, a przez to fascynujący i jak się wkrótce okaże niezwykle pociągający.

Ponad sto lat później w to samo miejsce przybywa Karin, lekarka weterynarii, z zupełnie odmienną misją. W przeciwieństwie do Michaiła Karin pragnie zwrócić dzikim koniom wolność, sprawić, by znów żyły tak jak dawniej, przed tym zanim ludzie postanowili je schwytać i udomowić. W tej niełatwej misji towarzyszy jej walczący z nałogiem syn Mathias. Karin staje więc przed zadaniem odbudowania nie tylko ginącego gatunku, ale przede wszystkim relacji na linii matka-syn, co okaże się znacznie trudniejsze.

Jest jeszcze Eva żyjąca z córką w podupadającym norweskim miasteczku, z którego prawie wszyscy już pouciekali. Mamy rok 2064, dookoła panuje głód, zaczyna brakować prądu, a warunki do życia są coraz bardziej przerażające, Louis jednak, mimo błagań córki, nie potrafi opuścić domu i zostawić na pastwę losu przebywających pod jej opieką zwierząt, często ich potrzeby stawiając ponad własne. Ucieczka staje się jeszcze trudniejsza, gdy pod ich dachem schronienie znajduje tajemnicza kobieta – Louis, która skrywa niejedną tajemnicę.

Przyznaję, że początkowo trudno było mi się wciągnąć w te historie, zwłaszcza wątek Michaiła mnie męczył, a stylizowany na XXI-wieczny język dodatkowo odrzucał, choć ostatecznie dałam się tej opowieści ponieść i to chyba na relacje Kowrowa czekałam najbardziej, one najmocniej poruszały. Chociaż w moim osobistym rankingu Ostatni wypada dużo słabiej niż Błękit, to jednak przyznaję, że Maja Lunde nadal tworzy angażujące historie, a choć jej bohaterowie żyją w różnych czasach, to każdy z nich może stać się czytelnikowi wyjątkowo bliski. Ostatni staje się więc powieścią nie tylko o destrukcyjnej sile człowieka, to także opowieść o zakazanej miłości, która nie miała prawa się wydarzyć, a jednak wydarzyć się musiała, o przywiązaniu do miejsca, tak głębokim, że mimo wszelkich przeciwności losu nie potrafi się go opuścić, o niezwykłej więzi między matką a dzieckiem oraz tkwiącej głęboko w człowieku samotności odczuwanej mimo bliskiej obecności innych ludzi.

Maja Lunde, Ostatni, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2021