Uwielbiam tę serię picturebooków stworzonych przez Rachel Bright i Jima Fielda nie tylko dlatego, że są przepięknie wydane i zilustrowane (serio, one tak bardzo wpasowują się w moją estetykę, że każdą z tych ilustracji najchętniej oprawiłabym w ramkę i powiesiła w dziecięcym pokoju), ale też dlatego, a może przede wszystkim dlatego, że niosą ze sobą ważne treści.

Tym razem dostajemy rzecz o konsumpcjonizmie, o nadmiernym gromadzeniu przedmiotów, o szukaniu szczęścia w rzeczach materialnych, w których na ogół próżno tego szczęścia szukać. To dobra motywacja do rozmowy o tym, że nie zawsze więcej znaczy lepiej, a coraz to nowsze zabawki, choćby były najbardziej wymarzone, za nic nie będą w stanie zastąpić prawdziwych przyjaźni, czasu, który możemy spędzić razem i relacji, których zwyczajnie nie da się kupić, a są ważniejsze niż cała reszta. 

Tytułowy wieloryb to typowy zbieracz. Choć na swoim grzbiecie niesie już znacznie więcej niż powinien, to nieustannie dokłada tam nowe rzeczy. Wszystko go zachwyca, wiele pragnie mieć, problem tylko w tym, że większość nagromadzonych przedmiotów daje mu radość tylko przez krótką chwilę, po to, by za chwilę się znudzić i wylądować w morzu innych, zbędnych rzeczy. Jest mu coraz ciężej, jest coraz bardziej zmęczony i w tych swoich krótkotrwałych przebłyskach szczęścia zaczyna być naprawdę nieszczęśliwy, to jednak nie przeszkadza mu w poszukiwaniach i gromadzeniu wciąż nowych i nowych błyskotek. Aż pewnego dnia trafia na rafę koralową – piękną, zachwycającą, absolutnie doskonałą, pełną kolorów i rzeczy, które ponad wszystko pragnąłby mieć i… Tak, właśnie tam trafia na prawdziwe szczęście, choć jego źródłem nie jest bynajmniej to, o czym, jak mu się wydawało, marzył najbardziej.

Rachel Bright, Jim Field, Wieloryb, który chciał więcej, Warszawa, Zielona Sowa 2021